Jak powstał Variant-Academy

Trzech nauczycieli, z których jeden umiał, drugiemu się nie chciało, a trzecia miała pasję. Pół roku pisania platformy i setki godzin nad arkuszami.

Za dokładanie czegoś od siebie dostawałem w podstawówce czasem gorszą ocenę. To jest chyba najkrótsze streszczenie tego, dlaczego ten kurs w ogóle istnieje.

Czarny ekran i ramka

Pascal, jedno z pierwszych zadań: napisać program z menu. Trzy podprogramy i ekran, na którym wybierasz, co chcesz zrobić.

U większości wyglądało to tak, jak wyglądać musiało. Czarny ekran, 1. to, 2. tamto, 3. coś tam.

Ja poczytałem w internecie, jak to urozmaicić. Zmieniłem kolor tła, dodałem obramowanie, wyśrodkowałem. Nadal był to zwykły terminal i nadal było to bardzo podstawowe, ale wyglądało jak coś, co ktoś chciał zrobić, a nie jak coś, co ktoś musiał zrobić.

Ten jeden nauczyciel to docenił, bo sam był pasjonatem. Nie żyje już. Niewiele z tamtych lat pamiętam dokładnie — wspomnienia są za mgłą — ale to akurat zostało.

Komputery były u mnie od bardzo młodego wieku i to zasługa taty. Nauczył mnie wysłać maila i rysować w Paincie. Dalej poszło samo.

Trzech nauczycieli w liceum

Pierwsza nauczycielka prowadziła lekcje tak, jak prowadzi się matematykę: był plan, był porządek, było widać, że to jest przedmiot. Ale widać było też, że umie dokładnie tyle, ile jej kazali umieć na studiach. Zawsze trzeba było spojrzeć do książki i przeanalizować coś po kilka razy, żeby wyszło, o co chodzi. Odeszła po jakimś czasie.

Drugi był pasjonatem. Naprawdę coś umiał — napisał SQL-a z głowy, tak po prostu, i to działało. Tylko że lekcje w praktyce nie istniały. Siedzenie przy komputerach, robienie, co się chce. Oceny za pytania w stylu „co oznacza ten znaczek", z wywodem, że to jest hash, a nie hashtag. Przez dwa lata nic w kierunku matury się nie wydarzyło. Z Accessa mieliśmy jedną lekcję. Jedną.

Trzecia miała pasję i to jest jedyna rzecz, która u nauczyciela naprawdę się liczy. Nie wiedziała wszystkiego, ale zamiast udawać, że wie, po prostu się uczyła razem z nami. Widziała, że coś mi idzie, i nie pozwoliła mi tego zaniedbać: konkretne zadania, dodatkowe zajęcia, dodatkowe materiały, sporo popychania do przodu. Rozmawialiśmy też o rzeczach spoza szkoły. Motywowała mnie nie tylko do matury.

Bardzo jej za to dziękuję i wiem, jak to brzmi.

Pomysł na ten kurs wpadł mi do głowy właśnie tam, na tych dodatkowych zajęciach i w rozmowach po lekcjach.

Informatyka to nie jest „poproszę ocenę"

Trzeba to powiedzieć wprost, bo to jest sedno problemu.

Uczniowie traktują informatykę jak przedmiot, na którym się nic nie dzieje. Poproszę o ocenę i pan da. Kliknę dwa razy i będzie. Kolejna prezentacja. Umiem komputer, bo skonfigurowałem sobie grę i grzebię w ustawieniach.

Na maturze rozszerzonej nic z tego nie działa. Ten egzamin to jest analizowanie i szukanie schematów. Częściowo praca kreatywna. Liczy się prędkość, bo masz 210 minut na siedem zadań, i liczy się biegłość w obsłudze programu, bo klikanie myszką po wstążce kosztuje minuty, których nie masz. Trzeba wyłapywać rzeczy, które mogą pójść źle, zanim pójdą źle. Trzeba umieć wykonać algorytm w głowie albo na kartce, żeby wiedzieć, co z niego wyjdzie, jeszcze zanim go uruchomisz.

Żadna z tych umiejętności nie buduje się od robienia prezentacji.

Jak się uczyłem: mówienie na głos do samego siebie

Najważniejsza rzecz, jakiej się nauczyłem o uczeniu się, jest taka: nieważne, ile godzin nad tym siedzisz. Ważne, czy umiesz to sobie wytłumaczyć.

Jeśli czegoś nie rozumiesz z teorii, nie czytaj jej piąty raz. Weź zadanie, połóż obok teorię i rozwiązuj, ale mów wszystko na głos. Do siebie. Do pustego pokoju. Wiem, że to potrafi denerwować ludzi wokół, ale trafia to inaczej do ciebie niż czytanie i tyle.

Jeszcze lepiej działa tablica. Weź algorytm, wyrysuj go, zapisz, patrz na niego i tłumacz go gumowej kaczce. To się nazywa rubber duck debugging, wymyślili to programiści i jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możesz zrobić, ucząc się do tej matury. Brzmi idiotycznie. Działa, bo w momencie, w którym musisz coś powiedzieć zdaniami, wychodzi dokładnie to miejsce, którego nie rozumiesz.

O tym wszystkim piszę też w kursie, bo metoda nauki jest tu równie ważna jak materiał.

100%, a potem pytanie: dlaczego 100%, a nie mniej

Maturę napisałem na sto procent. Ciekawsze było to, co zrobiłem potem: usiadłem i przeanalizowałem, dlaczego wyszło sto, a nie osiemdziesiąt. Co konkretnie się powtarzało, jakie schematy były w tych zadaniach.

Odpowiedź okazała się dość brutalna. Schematy są praktycznie wszędzie takie same. Ta matura każe ci za każdym razem zrobić prawie to samo, tylko w innym poleceniu i na innych danych.

Arkusz z 2026 był moim zdaniem bardzo podobny do tego z 2023. Jedno zadanie było wręcz tym samym, owiniętym w inną fabułę i z jednym dodatkiem.

To nie jest teoria spiskowa, tylko konsekwencja tego, że egzamin musi sprawdzać ten sam zakres co roku. Cały kurs jest zbudowany wokół tego jednego spostrzeżenia.

Jak ten kurs fizycznie powstał

Nie siadałem do pustego dokumentu, żeby „napisać kurs". Robiłem coś innego.

Rozwiązywałem zadania i dyktowałem wszystko, co robię. Do komputera, prosto do Worda, w formie surowej: co analizuję, co myślę, na czym utykam, dlaczego wybieram takie podejście, a nie inne. Praca wyglądała jak monolog do maszyny. Wszystkie myśli lądowały na kartce w stanie nieprzetworzonym.

Potem ten dokument — moje kompletne pierdolenie o niczym, mówiąc szczerze — szedł do modelu językowego z instrukcją, żeby zapisał to w formie, którą przeczyta drugi człowiek. Po kolei, z przykładem, bez mojego przeskakiwania z tematu na temat.

I dalej: testy, poprawki, testy, poprawki. Nie tylko platformy, ale też treści. Bo przy sprawdzaniu okazywało się, że nie zawsze miałem rację.

Mówię o tym otwarcie, bo pytanie i tak padnie. Nie ukrywam, że przy tworzeniu kursu korzystałem ze sztucznej inteligencji. Dziś to jest raczej oczywiste niż kontrowersyjne. Natomiast to, co jest w kursie, przeszło przez moją analizę arkuszy, moje rozwiązania i moje poprawki. Model był redaktorem mojego bełkotu, nie autorem metody.

Szampon w łazience

Słyszałem kiedyś taką historię. Każesz dziecku odłożyć nowo kupiony szampon w łazience. Szampon oczywiście znajdzie się w łazience. Na podłodze. Bo nie doprecyzowałeś, że ma trafić na półkę, czwartą po prawej, obok reszty.

Dokładnie tak wygląda praca z AI. Patrzę na to jak na bardzo inteligentne dziecko, któremu każesz coś zrobić, tylko że ono nie wie jak, więc zrobi to najlepiej, jak potrafi, i będzie się przy tym działo nie wiadomo co. Problem polega na tym, że zapomina o połowie rzeczy i jeśli nie powiesz dokładnie, co ma zrobić, zrobi byle jak.

Efekt uboczny: nauczyłem się precyzyjnie formułować, czego chcę. Zacząłem tak mówić również do ludzi. Z mieszanym skutkiem, ale czasem to naprawdę jest potrzebne.

Platforma: pół roku i żadnych gotowców

Robię rzeczy porządnie. Lubię wiedzieć, jak coś działa: zrobić research, nauczyć się, zrobić najlepiej, jak potrafię. Nie ma u mnie miejsca na gotowca, który w losowym momencie się wywali i nie będę wiedział dlaczego.

HTML, CSS i JavaScript ogarnąłem wcześniej sam, z kursów na YouTube. Mam za sobą cztery strony, które realnie działają i z których firmy nadal korzystają. Chciałem wejść trochę bardziej w stronę SaaS-u, a skoro i tak miałem robić kurs, to stwierdziłem, że nie będę go wrzucał na cudzą platformę.

Napisanie tej platformy zajęło mi jakieś pół roku. TypeScript i Next.js, wszystko od zera. Nauczyłem się przy tym bardzo dużo i przeszedłem przez wszystko, co zwykle: błędy renderowania, elementy wyjeżdżające poza ekran, „szybkie fixy", które okazywały się dwoma dniami myślenia.

Sporo z tych rozwiązań wymyśliłem pod prysznicem albo wstając w pośpiechu z toalety, bo właśnie wpadłem na to, jak coś naprawić, i musiałem to natychmiast zapisać, zanim ucieknie.

Mam ADHD. Bez tego ten kurs wyglądałby inaczej — pewnie byłby spokojniejszy i nudniejszy — ale też prawdopodobnie nie powstałby w pół roku.

Czego dowiedziałem się od uczniów z innych szkół

Starałem się opisać realia, a nie tylko to, co pisze CKE. Więc pytałem ludzi z innych szkół, jak u nich wyglądała sala, co było wolno, jaki stosunek mieli nauczyciele i administratorzy pracowni.

Przypadki są naprawdę różne. Gdzieś ktoś przyniósł swoją myszkę i podkładkę, gdzieś nawet klawiaturę, i nie było problemu. Formalnie sprzęt ma być taki, jaki przygotował administrator, więc to jest kwestia sporna i nie twierdzę, że u ciebie przejdzie.

Twierdzę co innego: większość ludzi nawet nie pyta. Zakłada, że skoro jest przygotowane, to tak ma być. A wystarczy porozmawiać ze swoim nauczycielem informatyki albo z administratorem pracowni i naprawdę sporo da się ustalić — choćby to, na czym będziesz pisać i co będzie zainstalowane.

Czego nie obiecuję

Nie obiecuję, że mój sposób jest jedyny. Jeśli ci nie pasuje, znajdź swój i zrób to po swojemu. Nie bój się eksperymentować i kombinować.

W kursie przekazuję to, co ja robiłem, żeby osiągnąć sto procent, i przy okazji przygotowałem materiały tak, żebyś mógł się uczyć, jakbyś nie miał nauczyciela. Bo wiem, że dla wielu osób to nie jest hipoteza.

Piszę to na początku września, dopinając wszystko: regulaminy, polityki, płatności. Trochę żałuję, że nie zająłem się tym wcześniej i że nie pogadałem z kimś, kto się na tym zna, zanim usiadłem do kodu. Ale tak to bywa — człowiek uczy się na błędach i przy nauce popełnisz ich mnóstwo. Ja popełniłem swoje.


Jeśli chcesz zobaczyć, jak to się przełożyło na układ kursu, napisałem osobno dlaczego plan jest ułożony tak, a nie inaczej.

A jeśli zastanawiasz się, czy ten egzamin jest dla ciebie: czy warto zdawać informatykę rozszerzoną i co w niej jest naprawdę trudne.

Wariant — kurs maturalnyKup kurs